Najnowsze wpisy

10 lutego

poranek poetycki: pytania do samego siebie




tyle jest pytań bez odpowiedzi

umrzeć dziś czy
żyć wiecznie

nauczyć się latać czy
tylko udawać że się umie

tyle jest pytań
każdego dnia
każdej nocy
i kiedy nasze ambicje
nie wstają rano z łóżka
razem z nami

spojrzeć słońcu w twarz czy
pocałować księżyc
zasztyletować słowem czy
raczej nożem

kto ma wiedzieć
skoro nawet bóg nie wie
kto wie

całemu oddać się wiatru czy
spadać ze łzami chmurnymi

stąpać boso po trawie czy
po ostrzach stopami krwawiącymi

myśl za myślą
dzień za dniem
gonią gonią
piękny sen

tyle jest odpowiedzi
każda dobra będzie wtem
jeśli tak powiesz
stanie się

tyle jest odpowiedzi
ale bez pytań



.wieśniara.






27 stycznia

nigdy nie było łatwiej, czyli o SPOTKANIACH ŚWIATÓW



Siedzę sobie w piętrowym busie, spoglądając z góry (dosłownie, nie w przenośni) na edynburską codzienność. Przemierzam jeszcze niezatłoczoną główną ulicę - Princes Street, zalaną promieniami przedpołudniowego słońca, które ogrzewa nosy przechodniów, spieszących gdzieś przedlunchową porą w ten styczniowo mroźny (to Szkocja, a więc mroźny to -2 stopnie) dzień.


Przed moimi oczami dochodzi do spotkania światów. Dwie czarnoskóre kobiety spacerują powolnie, zaglądając w kolorowe witryny sklepów. Pewnie wyobrażają sobie siebie w tych wszystkich modnych kreacjach, których nigdy nie będą mieć. Jedna z nich prowadzi wózek z dzieciątkiem. Z naprzeciwka nadchodzi młoda Azjatka, wyróżniająca się musztardową czapką. Wygląda, jakby się za kimś rozglądała. To prawdopodobnie studentka. Postacie migają mi przed oczami, pochylam się, by uwiecznić je na papierze, dzięki czemu staną się częścią mojego życia już na zawsze, zupełnie, jakbyśmy byli dobrymi znajomymi... W tym czasie bus X15 znacząco opustoszał, minęłam wyryte w niemal bezchmurnym, blado błękitnym niebie Arthur's Seat, nad którego zacienionymi konturami roztoczyła się wspaniała świetlista aureola, i wkroczyłam na jedną z moich ulubionych tras, prowadzących w stronę morza... Po chwili stwierdzam, że nie, jednak nie, nigdy wcześniej akurat tędy nie jechałam. A wracając do tych spotkań światów...
Kilkanaście minut temu, na przystanku, rozpoznałam w jednym z kierowców przy(stojnego)jaznego Polaka, który wiózł ostatnio mnie i Aśkę z lotniska na Haymarket. Miałam wątpliwości, czy to faktycznie on - przedtem prowadził bowiem niebieską luksusową setkę, a teraz zwykłego czerwonego piętrowca, ale, daję słowo, wydawało mi się, że się do mnie uśmiechnął... Dużo jest tu Polaków. Wczoraj słyszałam za sobą dwie rozmawiające po polsku kobiety, z których dyskusji wynikało, że są tu ich całe polskie rodziny i polscy znajomi. Potem w LIDLu na kasie obsługiwała mnie Polka, czego nie byłam świadoma, dopóki nie podszedł do niej kolega, inny pracownik, zadając pytanie: "Kiedy przeprowadzka?" Uśmiechnęłam się i na odchodnym powiedziałam: "Dziękuję, do widzenia". W naszym bloku mieszka dziewczyna o nazwisku Dzięcioł. W restauracji, gdzie pracuję, szefem kuchni jest Bartek z okolic Zielonej Góry. A poza tym pracuje tam Czeszka, Grek, no i, żeby nie było, Szkot i Szkotka. Nasz znajomy z rodzinnego miasta w Polsce, Hubert, studiuje w Glasgow (razem z jeszcze innym kolegą, Błażejem), ale mieszka w Edynburgu ze swoją partnerką z Hiszpanii. No prawie jak w domu!
Przemierzając kolejne ulice Edynburga, nie mogłabym nie nadmienić... Szczerze mówiąc, nie muszę nigdzie daleko wychodzić. Sklep na rogu mojej ulicy prowadzony jest przez Hindusów... (a teraz po lewej mijam morze... zatapiam w nim swoje oczy... swoją drogą, jak niezwykłym miejscem jest Edynburg, ulokowany pomiędzy Morzem Północnym a pasmem Pentlandów, nie wspominając już o wyrastających w środku miasta w Holyrood Park wzgórzu Arthur's Seat i klifach... ) ... którzy tak są zafascynowani oglądaniem lecących ciągiem wielogodzinnych programów Bollywood, że nie mają czasu na zdjęcie z półki przeterminowanego od tygodnia mleka. Tak, myślę, że najwięcej jest tutaj Hindusów. I Arabów.
Ach, zapomniałam wspomnieć o mojej poprzedniej pracy, w fabryce czekolady. Byron z RPA, Mahala-na-pewno-nie-Szkotka, tak samo jak Anastasia. I Tanja - z urodzenia Ukrainka, mieszkająca na stałe w USA, a teraz, na kilka miesięcy przed powrotem do domu, przeprowadziła się do Glasgow. Jerzy z Poznania, mój równolatek, który zaczął w tym roku studia na jednym w tutejszych uniwersytetów (by the way, dziewczyna Jerzego studiuje w Londynie, jakby ktoś pytał). No i jeszcze Jessica, Francuzka wyznania żydowskiego. Ojciec - Włoch, matka z korzeniami argentyńskimi, brat mieszka w Izraelu. Sama Jessica natomiast niedługo wraca do Francji, ale tylko na kilka lat, bo potem planuje przeprowadzkę do Stanów. No wiecie, takie tam, zwyczajne życie.


Jeśli jeszcze Wam mało takich opowieści, słuchajcie dalej, ale ostrzegam, teraz na pewno zakręci się Wam w głowach. Poznajcie Mateusza i Michała, moich kuzynów!

Mati - niemal dwa metry wzrostu, stąd też zwany przez niektórych Długim, typ ekstrawertyka. Wyleciał do Szkocji zaraz po swojej maturze. Zaczynał jako kelner w hotelu w Peebles, uroczym miasteczku oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów od Edynburga. Przez lata piął się coraz wyżej, zmieniał miejsca pracy, w końcu otrzymał dofinansowanie i poszedł na studia. Za wysokie wyniki  w nauce dostał ofertę wyjazdu na półroczne stypendium do Stanów. Szansę oczywiście wykorzystał, a przy okazji poznał o pół metra niższą od niego Allison... I tak oto teraz, po ponad dziesięciu latach emigracji, siedzi w pięknym domu (willi?) w Kentucky, oczekując ze swoją żoną-Amerykanką (dla dociekliwych: z indiańskimi korzeniami) przyjścia na świat ich pierwszego (międzynarodowego) dziecka. A co z pracą? Apple Inc. Pozamiatane. Król życia. Brzmi jak amerykański sen z hollywodzkich filmów z happy endem, co?

...Michał natomiast... hm, można powiedzieć, pozostając w onirycznym klimacie... śni o sushi. Dobra, może nie całkiem, bo to jednak Singapur. Ta-ak, SINGAPUR. A więc Michał - ach, pominęłam istotny fakt, że Mati i Misiu to bracia! - przyleciał po kilku latach do starszego brata i... w gruncie rzeczy historia wygląda bardzo podobnie, z tą różnicą, że Michał poszedł do collegu muzycznego i wcale nie musiał nigdzie wylatywać, aby znaleźć swoją wybrankę, bo poznał ją... w Internecie. Na stronie miłośników Edynburga. Czyż to nie jest romantyczne?! Alice przyleciała do niego w odwiedziny i najwyraźniej nie zniechęcił jej fakt, że Michał zapomniał odebrać ją z lotniska, bo wkrótce wprowadziła się do niego na dłużej, kończąc w Edynburgu swoje studia. Rok temu przeprowadzili się jednak do Singapuru, aktualnie mieszkają z rodzicami Alice, ale podejrzewam, że po planowanym na przyszły rok ślubie, znajdą coś dla siebie. W każdym razie, do Szkocji raczej na pewno nie wrócą. Michał podobno odnalazł swoje miejsce na ziemi. No i pracę, która realizuje jednocześnie jego największą pasję - muzykę.

No i jest jeszcze trzeci, najmłodszy brat: Tomasz, mój współlokator. Historia Tomka jest jeszcze niezapisana i przebiegnie zapewnie zgoła inaczej, bo on znalazł już swoją połówkę, z którą przybył tu, by rozpocząć samodzielne życie... Jednak jestem pewna, że kiedyś dane mi będzie uzupełnić ten wpis kilkoma zdaniami o nich... :)

Wiecie, o co mi chodzi? To nie jest tak, że takie historie zdarzają się wszystkim innym, tylko nie nam. I że ktoś miał "szczęście", "farta", "to było mu przeznaczone", ale "mi nigdy się nie uda". To TY kształtujesz swoje życie. Nie podoba Ci się w Polsce? Wyjedź, choćby na kilka miesięcy. To naprawdę nic trudnego. Owszem, musisz mieć coś na start, to oczywiste. Ale zamieszkanie i znalezienie pracy w innym kraju nigdy przedtem nie było tak łatwe! Mamy tyle możliwości, tyle dróg do wyboru! Próbuj. Może to będzie właśnie to. A jeśli nie, i tak niczego nie tracisz. Nawet, jeśli nie przywieziesz ze sobą żadnych oszczędności - bo najbardziej wartościową, bezcenną wręcz walutą jest doświadczenie. To będzie najlepsza lekcja życia, zapewniam Cię. Jak nie do pracy - to może chociaż wymiana na studiach. Próbuj. Możesz tylko zyskać. Szukaj swojego miejsca. Smakuj. Ucz się. Odkrywaj prawdę o sobie. Zobacz, jak to wygląda gdzie indziej. Spełniaj marzenia. To TY decydujesz. Chciałabym tylko, abyś pamiętał o pewnej bardzo istotnej rzeczy...


Możesz się ze mną nie zgodzić, ale ja wierzę w Przeznaczenie. Mam nadzieję, że zrozumiesz mnie dobrze. Tak, to TY kształtujesz swoje życie, podejmujesz decyzje, swoimi czynami doprowadzasz do ich ziszczenia, to TY wybierasz... ale musisz wiedzieć, a przynajmniej takie jest moje zdanie, że... jeśli nie potrafisz być szczęśliwy TU I TERAZ, nie odnajdziesz spełnienia nigdzie indziej. Jeśli nie potrafisz zawalczyć o siebie TU I TERAZ, nigdzie indziej nie będzie łatwiej. Jeśli wciąż czekasz na to, aż coś się wydarzy, aż będziesz bogaty, szanowany, chociaż trochę sławny, to gorzko się rozczarujesz, bo ani pieniądze ani popularność nie okażą się wybawieniem od problemów, które nosisz w sobie TU I TERAZ. Jeśli nie potrafisz realizować swoich postanowień oraz spełniać marzeń TU I TERAZ, zawsze i wszędzie będzie Cię spotykał ten sam zawód. Jeśli uważasz, że gdzieś indziej trawa jest bardziej zielona, a w pierwszym lepszym sklepie sprzedają cuda na sztuki - mylisz się, bo w rzeczywistości wszędzie, gdziekolwiek nie spojrzysz, będzie tak jak TU I TERAZ. Jeśli nie doceniasz tego i tych, których masz TU I TERAZ, nie pozbędziesz się poczucia pustki. Bo od siebie nie ma ucieczki. I jeszcze jedno. Nie jestem pewna, czy wiesz, co znaczy, że JESTEŚMY TYLKO LUDŹMI. Mamy swoje wymysły, widzimisię, stworzone przez egotyczne umysły wizje... kłamstwa, w które wierzymy, bo tak jest nam łatwiej... i często, zbyt często zapominamy, że nasze plany czy marzenia... uwaga, bo będzie bolało... no, nie wiemy, czy tak naprawdę to będzie dla nas dobre i przyniesie nam szczęście. Chcemy tak myśleć. Więc trzymamy się tego jak wariaci i upieramy się wierzyć w swoje wyobrażenia o naszym "idealnym życiu", bo przecież... co się stanie, jeśli je stracimy...? Nawet, jeśli są fałszywe, ale są NASZE. Wiem, co mówię. To jest dokładnie moja historia. Podążać za czymś przez kilka lat, rozmyślać o tym każdego dnia, poświęcić temu długie godziny... i panikować na samą myśl o tym, że coś może nie wyjść... 

Mój Przyjacielu. Kiedy przyznasz sam przed sobą, że nie wszystko, czego pragniesz, musi być dla Ciebie najlepsze i z pewnością Twoja wizja przyszłości nie jest tą jedyną słuszną... To będzie TEN moment. Będziesz wiedział, o czym mówię. Tymczasem... Pamiętaj.

Świat stoi przed Tobą otworem!
Nie ma rzeczy niemożliwych.
Nie bój się próbować, zmieniać zdanie i popełniać błędów.
Dobrze czy nie, ale nie istnieje wzór na szczęście :)))

...więc ruszaj. 
Tam czy siam, w te i we w te... 
Idź. Idź i wracaj lub zostawaj.
W końcu wszyscy jesteśmy w ciągłej drodze.
Drodze do Szczęścia.

Decyduj mądrze.
W zgodzie ze sobą.
Bo przecież... oprócz Ciebie, nikt inny nie wie.

A jeśli i Ty jeszcze nie wiesz...

Nie martw się.
Przyjdzie czas.
Nie musisz wiedzieć tu i teraz.

Na tu i teraz wystarczy, że się uśmiechniesz.
Do siebie, świata i innych :)


wieśniarA

22 stycznia

o tym, co by było, gdyby WOŚP zagrała na San Escobar


Na San Escobar od rana panuje zamieszanie.

To będzie wyjątkowy, wręcz historyczny dzień.

Mieszkańcy przyjmują delegacje przybywające z Polski, inni kończą stawianie drewnianej sceny, a pozostali plotą girlandy z czerwonych kwiatów, które układają w kształt serduszek. Słońce praży i tak rozgrzane już od tańca hula ciała. Nawet pan prezes zaczyna kręcić bioderkami, co prawda jeszcze się opiera, ale minister Waszczykowski już wciąga go do koła, aby bratać się z naszymi największymi sojusznikami, sanescobarczykami. W oddali słychać zachrypnięty już głos Owsiaka, który tym razem musi radzić sobie bez mikrofonu. Przeprowadza próbną licytację spinek do mankietów koszuli podarowanych przez prezydenta Polski, na widok których mieszkańcom San Escobar świecą się oczy.


Do wystartowania kolejnego finału Wielkiej Orkiestry zostały dosłownie minuty. Jerzy i Jarosław (topless, bo nadal w spódnicy hula) stoją razem na scenie i, wachlowani rozłożystymi liśćmi palmy przez Antosia, rozpoczynają odliczanie...

TRZY... DWA... JEDEN...

I nagle budzimy się tydzień po faktycznym finale WOŚP.
W Polsce nadal podzielonej.
Polsce zamieszkanej przez Polaków i polaków.

Od polityki to ja się trzymam z daleka. Pewnie świadczy to o mojej ignorancji czy coś w tym guście, ale ja po prostu nie rozumiem języka nienawiści i jakoś nic nie wskazuje na to, abym kiedykolwiek miała się go nauczyć. Moja mowa to mowa Miłości, a taka płynie prosto z czerwonego WOŚP-owskiego serducha. Popierać WOŚP to nie znaczy brać narkotyki, uprawiać orgie, nie wierzyć w Boga, być rozwiązłym hippisem, anarchistą, nie szanować kraju czy tradycji. A tak to chyba sobie co poniektórzy (a może raczej PiSniektórzy) wyobrażają. Łyse głowy, gołe biusty, pentagramy wytatuowane na czołach i cała Owsiakowa armia podobnych antychrystów i recydywistów prosto z Woodstocku, nielegalnie zorganizowanego, rzecz jasna, za pieniądze zebrane w styczniu do puszek. Inna część poszła na całą ciężarówkę marihuany, jako prezent od Jurasa dla uczestników, którym przez to miesza się w głowie i zostają homoseksualistami, wegetarianami albo rowerzystami, a za resztę Owsiak kupił sobie złotą figurę Buddy. I zapewne dlatego właśnie TVPis usunęło serduszko WOŚP, które poseł PO, Arkadiusz Myrcha, miał przyklejone do kurtki podczas wywiadu dla oddziału telewizji w Bydgoszczy. A może raczej dlatego, że istnieją ludzie, którzy tak bardzo weszli w role społeczne, tak mocno uwierzyli w to, że trzeba bronić swoich racji, bo na tym przecież polega polityka i generalnie prowadzenie większości dyskusji - nie na określeniu prawdy, lecz na daniu się pokroić za posiadanie ostatniego, choćby i błędnego, ale zawsze, słowa - że zapomnieli o byciu ludźmi...? Bo jeśli chodzi o szczytny cel, możliwość niesienia pomocy potrzebującym, to jak można nadal się dzielić, oddzielać, oddalać? Jak?! I nie mówię tylko o przypadku, w którym hejtowana i negowana jest WOŚP. To działa w drugą stronę. Masz w sobie dokładnie tyle samo nienawiści, jeśli obrażasz organizacje kościelne, takie jak Caritas. Albo wyśmiewasz się z prezydenta, że przekazał na licytację WOŚP te śmieszne spinki, robiąc to wyłącznie dla poprawności politycznej, bo przecież jest z wrogiego obozu. Zastanawiam się, jak można spojrzeć potem w twarz, przerażoną twarz dziecka, wychudłą twarz starca, wykończoną, schorowaną twarz kogokolwiek - i powiedzieć mu, że gardzisz nim, bo ważniejsze są dla Ciebie religia, polityka, filozofia. Bo atakując jakąkolwiek organizację charytatywną, celujesz nie w jej przedstawicieli, lecz w podopiecznych.

To wykracza poza spór o WOŚP, akcje charytatywne i zachowania polskich polityków. NIENAWIŚĆ nie potrzebuje wyszukanych argumentów. Czasem wystarczy, że to, jaki ktoś jest, jest niezgodne z naszymi poglądami, bo przecież my i tylko my wiemy najlepiej. Bo mamy RACJĘ. Racja - żałosny wymysł ludzki. Tak jesteśmy nią zaślepieni, że przysłania nam ona drugiego człowieka. A przecież każdy mógłby mieć swoje przekonania, ideały, być wierny swoim poglądom, no czemu nie. Ale jeśli zaczyna się narzucać, czy wręcz wymagać od innych, żeby przejmowali nasz światopogląd, który uważamy za jedyny słuszny... Owszem, jedyny dla nas - no właśnie, dla NAS. No a wyobraźcie sobie, że na naszej planecie istnieje siedem miliardów takich człowieczków i każdy ma ten jedyny słuszny światopogląd. Ale jaja, co? No i co teraz? Pozabijać się nawzajem, bo przecież TO JA MUSZĘ MIEĆ RACJĘ, TO JA WYPOWIEM OSTATNIE SŁOWO???!

Wydaje mi się żałośnie zabawnym, że w XXI wieku trzeba jeszcze prawić morały o tym, że drugi człowiek może mieć swoje zdanie... że nie musimy się z nim zgadzać... nie musimy nawet próbować go zrozumieć... ale bez względu na to, co wyznaje, należy mu się szacunek. Powód? Jest ich mnóstwo, ale wystarczy jeden. BO JEST CZŁOWIEKIEM. Tak jak ja, ty, on, ona, ono. Bo chociaż się różnimy, jesteśmy tacy sami. A kiedy zaczynamy się dzielić, kiedy ważniejsze od faktu bycia ludźmi stają się dla nas role, które odrywamy - politycy, społecznicy, wyznawcy religii, obywatele państwa... Nie trzeba mówić, przecież widzicie, co się teraz dzieje. I jeśli można mówić o winie, to leży ona niemal po każdej ze stron. Nawet jeśli nienawidzisz "ciemnej strony mocy"... To nadal jest nienawiść. I widzisz, tak działa każda wojna, fizyczna, czy mentalna, na noże czy słowa. Sprawia, że ludzie stojący po "dobrej stronie" zaczynają myśleć tak samo, jak ich antagoniści - zaczynają nienawidzić. Koło się zatacza. I nie przestanie się obracać, dopóki będziemy je napędzać... No właśnie, czym? Czym jest ta nienawiść?

Strachem...? Przed tym, co nieznane? ...bo jest różny od nas, nie tego uczyli nas w domu? Może przeraża nas to, że nie jesteśmy w stanie zrozumieć drugiego człowieka, nie wiemy, co nim kieruje, jak wartości, które dla nas są zupełnie nieistotne, dla niego stały się sensem istnienia?
A skoro tak, to, idąc dalej... Może rodzi się w nas potrzeba kontroli tej inności...? Chora żądza kontroli wszystkiego i wszystkich, bo przecież, jak zwykle, to my wiemy najlepiej, tylko nasza droga jest słuszna...

Najlepszym komentarzem oddającym bezsens sporu na linii koalicji PiS+Kościół vs. WOŚP, oraz bezsens konfliktów na tle poglądowym w ogóle, jest grafika Andrzeja Milewskiego (serdecznie zapraszam na jego fejsbukowy profil: https://www.facebook.com/AndrzejMilewskiRysuje/?fref=ts):



I tyle w temacie.

Miejmy poglądy.
Wyznawajmy religie.
Wierzmy w swoje ideały.
Pielęgnujmy ważne dla nas wartości.
Kochajmy swój kraj.
Opowiadajmy się za wybranym światopoglądem.

Ale, przede wszystkim...

NIE ZAPOMINAJMY, ŻE JESTEŚMY LUDŹMI.
RÓŻNORODNĄ JEDNOŚCIĄ.

I, choćby ze względu na to, że kontakt z innymi jest nieunikniony... ;-)
Może warto spróbować inaczej. Bo historia - która niestety nie jest nauczycielką życia - przez te wszystkie zaplamione krwią wieki zdążyła nam udowodnić wystarczająco dobitnie, że oddanie władzy w łapska nienawiści nie przynosi nic dobrego...

...i może w końcu, pewnej styczniowej niedzieli...

...na San Escobar, podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, staną nie Jurek Owsiak, Jarosław Kaczyński, wszystkie Trumpy i Putiny... islamiści, chrześcijanie, ateiści... homo i hetero... Polacy, Niemcy, Rosjanie... staną nie oni...

STANĄ LUDZIE. 

I zagrają nie przeciwko sobie.
Zagrają z Miłością.
Zagrają dla innych Ludzi.

Może.
Kiedyś.

Naiwnie, ale wierzę.

Nienawiść musi się nam w końcu znudzić.
Musi... prawda...?


wieŚniara


grafika: http://www.polskatimes.pl/quiz/2918,quiz_wiedzy_o_san_escobar,q,t.html

20 stycznia

poranek poetycki: wszyscy umrzemy, więc może...



a co byś powiedział na to że
to całe bombardowanie argumentami
racji wyszarpywanie kłami pazurami

że te dni przemilczane
ciała niewzruszone i
gesty jak osty

a co ty na to że
i tak wszyscy umrzemy

więc może raczej...
przytul się do mnie?


17.01.17 r.

.wieśniara

16 stycznia

nowy rok, nowa ja - jak być szczęśliwym - ZEPNIJ TYŁEK I ZAPIEPRZAJ



Połowa miesiąca za nami. To wystarczająco dużo czasu, aby złamać wszystkie swoje postanowienia noworoczne. Wszyscy znamy to z autopsji. No, wiecie. 

Ten jeden raz. 
Jutro zacznę od nowa. 
Malutki wyjąteczek. 
Wrócę do tego od następnego poniedziałku. 
Jeszcze nie dzisiaj.
Mam jeszcze dużo czasu, cały rok.
A właściwie to czemu 
mam sobie tego zabraniać/
zmuszać się do tego?
Tak mało mam w życiu przyjemności!
To nie jest lenistwo, tylko... tylko...

Dobra, a właśnie, że mi się nie chce, o! W końcu to ja decyduję, no nie? Przed nikim nie odpowiadam! Eeeeeh! Pieprzyć te wszystkie zasady, nakazy, zakazy, postanowienia...! Nie mam czasu na coś takiego. Łatwo jest mówić tym, którzy nie mają tylu obowiązków. Jak ja mogę mówić o regularności, skoro tu szkoła, tu praca, tu dom, tu to, tam tamto, wszystko na mojej głowie... I widzicie, to jednak wcale nie jest tak, że mi się nie chce. Po prostu nie mam czasu, tak? No. Niestety, życie to nie bajka. Zarabiać trzeba, posprzątać, ugotować dla rodziny, przeczytać i napisać coś do szkoły, samo się nie zrobi, cudów nie ma. A po tym wszystkim to już siły nie ma, odpoczynek też się człowiekowi należy po całym dniu, prawda? Bądźmy poważni. Spójrzmy realnie. Nawet, gdybym chciała, to...

A Ty? 
Jaką wymówkę znajdziesz dziś? Czym się zasłonisz? Jak będziesz chciał usprawiedliwić swoje lenistwo? Zamazać fakt, że, co tu dużo mówić, użalasz się nad sobą?

Ależ, po co to oburzenie? Ja nie oskarżam. Nie jestem od wydawania osądów, nie daję sobie do tego prawa, bo nie znam Twojej historii i aktualnej sytuacji życiowej. I nie chcę, żebyś mi odpowiadał. Masz to powiedzieć nikomu innemu, jak SOBIE. Szczerze do bólu, do nagości.

Czy to, że łamiesz swoje postanowienia... 
rezygnujesz z dążeń do spełnienia marzeń... 
odpuszczasz sobie sięgnięcie po długoterminowe cele...

...wynika ze świadomej decyzji - bo tak postanowiłeś, zdajesz sobie sprawę z konsekwencji, bierzesz za to pełną odpowiedzialną, nie masz do siebie żalu, nie gryzą Cię wyrzuty sumienia, po prostu: takiego wyboru dokonałeś...

...czy też raczej z... LENISTWA, bo ciepły kocyczek, wygodne łózio i ukochany film po raz dziesiąty, aaaaaach...!   I przecież to strach wystawić czubek nosa poza ten usypiajaco-kojący raj - czubek nosa, a co dopiero inne części ciała, toż to można szoku termicznego doznać, a potem jeszcze się rozruszać, no i tak jakoś, hm, nie po drodze, może od jutra, ale dzisiaj jeszcze poleżymy... posiedzimy... popatrzymy... zamkniemy oczka... i umrzemy...

... albo z... POBŁAŻANIA I UŻALANIA SIĘ... no bo ja to taki biedny jestem, biedny bidulinek najbiedniejszy w ogóle na świecie, a przynajmniej w okolicy, och, taki zapracowany, zarzucony nauką, ach, przemęczony, tyle dzisiaj już zrobiłem, ech, już nie mogę nic więcej, ojojoj...

... a może ze STRACHU...?... o to, co powiedzą, pomyślą, napiszą, o to, co będzie, albo czego nie będzie, o to, że się nie uda, albo że się uda, ale niedostatecznie... ze strachu o to, że trzeba będzie wysunąć pyszczek ze swojej bezpiecznej nory i ruszyć w nieznane...

Nie wiem i nie chcę zgadywać. Powiem Ci jednak jedno - jeśli słyszysz gdzieś z tyłu głowy drażniący cichutki głosik, który tak bardzo próbujesz wyprzeć, to... nie, wcale nie musisz mieć schizofrenii... po prostu siebie nie oszukasz. Bo wiesz, tu zawsze chodzi o Ciebie. To zaczyna się w Tobie, przez Ciebie przebiega i w Tobie się kończy. To ty musisz zadecydować, zacząć, zainicjować działanie, utrzymać je i doprowadzić do punktu ostatecznego. To zawsze jesteś Ty. Nikt inny. Tak, racja, "to Twój wybór" i "przed nikim nie odpowiadasz". Ale nie oznacza to, że zasady składania obietnic i dotrzymywania słowa się zmieniają. Nie okłamuj samego siebie. Przyznaj się. Kiedy po raz kolejny... machasz ręką na trening... zjadasz o jeden kawałek ciasta za dużo... przekładasz napisanie nowego rozdziału książki w nieskończoność... ciągle zwlekasz z rozpoczęciem nauki języka obcego... A TUTAJ WPISZ SWÓJ PRZYKŁAD... jednym słowem: zamiast dzień po dniu dobudowywać o jeden stopień więcej w swojej drabinie do gwiazd, Ty kopiesz dołki pod samym sobą... Czujesz to, prawda? Jest takie włochate zwierzątko. Bardzo potulne i przyjazne, jeśli żyjesz z nim w zgodzie, ale większość z nas zna jego mroczniejszą stronę... Oj, lubi wyszczerzyć ząbki i poszarpać nas od środka... Znasz je? SUMIENIE. Możesz wciskać kit innym ludziom, jak mawiał doktor House, "everybody lies" - czasem nawet trzeba, dla dobra ludzkości. Ale kiedy okłamujesz sam siebie... Wierz mi lub nie, Przyjacielu. Nic dobrego z tego nie wyniknie.

Rozumiesz? Tak łatwo jest szukać wymówek. Że zmęczenie, brak czasu i przynajmniej setka innych rzeczy, które zapewne są prawdziwe i rzeczywiście mogą Cię usprawiedliwiać. Bo ja nie zaprzeczam temu, że dużo pracujesz, że dzisiaj miałeś ciężki dzień, że w domu też musisz o kogoś zadbać i tak dalej... Tak, wierzę Ci. Wierzę, że Twoje życie nie jest łatwe, bez wątpienia nie nudzisz się, pierdząc w stołek, masz za to mnóstwo obowiązków. Chwała Ci za to, że to wszystko ogarniasz. I przepraszam Cię, że najpierw tak się głaszczę, a teraz chcę dać Ci plaskacza w policzek, ale... No właśnie: ALE. To jest to, o czym tutaj piszę. NIC NIE MUSISZ. Ty tylko możesz. Więc jeśli naprawdę chcesz coś zrobić, szalenie Ci na tym zależy, czujesz, że to Cię nawołuje, jest to Twoje największe marzenie - zrób to. Nie jęcz, że ... (miejsce na Twoją jękliwą wymówkę). Przecież nikt nie obiecywał, że będzie łatwo (a jeśli obiecywał, a Ty uwierzyłeś... no... oj, ty mój głuptasku!). Nie ma być łatwo. Masz się namęczyć. Masz to docenić. Masz pokazać, że Ci zależy. To znaczy, oczywiście, NIC NIE MUSISZ, no nie? Ty masz sam z siebie CHCIEĆ, a wtedy zapomnisz o myśleniu w kategoriach wyrzeczeń, poświęceń i wysiłku. Wtedy będziesz to robił, tak jak myjesz zęby, bo stanie się to nawykiem. Jeśli tylko CHCESZ.

Fajnie jest mieć wybór. Wiedzieć, że mogę. I TY TEŻ MOŻESZ.

Piszę ten post również, a może przede wszystkim, dla siebie. Bo żyłam na te dwa skrajnie różne sposoby. Potrafiłam wpaść w szaleńczy wir działania, wstawać o 5 rano, żeby nie tracić czasu, codziennie zrobić zestaw ćwiczeń z Chodakowską, poświęcić godzinę na trening wokalny, przygotować sobie śniadanie i obiad na następny dzień do szkoły, napisać przynajmniej jeden wiersz wieczorem i jeszcze wzorowo odrobić wszystkie zadania i pouczyć się do matury. A z drugiej strony - byłam i jestem w stanie zapaść w taką hibernację, że nie robię dosłownie NIC, mogę leżeć i kursować na drodze łóżko - łazienka - lodówka. No i ostatnio... jakoś tak... zdziadziałam... zdrewniałam... i zgrubłam! od tego nic-nie-robienia, od tej mojej łagodności, od dawania sobie czasu i głaskania się po główce, bo przecież wystarczy, że jestem dobrym człowiekiem... Owszem. Daj sobie tyle czasu, ile potrzebujesz. Ułóż sobie hierarchię wartości. Bądź dobrym człowiekiem. Wybacz sobie to, co było, a może raczej: to, czego nie było, bo Ci się nie chciało, bo z tego zrezygnowałeś, bo...

Ale może czas przestać nabijać się z hasła "nowy rok - nowa ja". Może właśnie, dla odmiany, w tym roku... BĄDŹMY SZCZĘŚLIWI. Ba, POZWÓLMY SOBIE być szczęśliwymi. Cały czas powtarzam, że szczęście nie zależy od czynników zewnętrznych i trzeba je odnaleźć w sobie, ale chyba wszyscy zgodzimy się z tym, że jeśli jesteś w miejscu, które lubisz, zajmujesz się rzeczami, które są spełnieniem Twoich marzeń, rozwijasz swoją pasję, robisz to, co sprawia Ci przyjemność i nareszcie czujesz, że Twoje życie ma sens...! Chcesz być w tym roku szczęśliwy? To ZEPNIJ TYŁEK I ZAPIEPRZAJ. Nie każę Ci się poświęcać, rezygnować z czegokolwiek, nie oczekuję wyrzeczeń. Te słowa nie istnieją, kiedy mówimy o szczęściu. To Ty decydujesz. Znajdź codziennie chociaż... PÓŁ GODZINY. Zmotywuj się i przez te trzydzieści minut skup się tylko i wyłącznie na tej jednej jedynej rzeczy, którą chcesz w tym roku osiągnąć. Jeśli uda Ci się robić to dłużej, świetnie. Ale ZACZNIJ. I nie, nie od jutra. Przecież wszyscy bardzo dobrze wiemy, że JUTRO NIE UMIERA NIGDY. Zawsze jest jakieś jutro. Ty masz zacząć dzisiaj.

Bo przecież chcesz być szczęśliwy nie jutro, a dzisiaj, prawda?

Określ swoje cele.
Bądź cierpliwy.
Pracuj wytrwale i systematycznie.
Próbuj różnych metod.
Walcz CODZIENNIE.
Znajdź czas na odpoczynek ;-)
Daj sobie wsparcie!

Nikt inny nie zadba o Twoje marzenia i szczęście. Jesteś odpowiedzialny sam przed sobą.

Podejmij decyzję - oczywiście, jeśli chcesz coś zmienić. I trzymaj się jej. Nie pytaj, czy Ci się chce, czy masz ochotę, siłę albo nastrój. Czy teraz jest odpowiednia pora. Bo odpowiedź prawie zawsze będzie negatywna, naturalnie ;-) Nie pytaj, bo jesteśmy z natury leniwi i wiadomo, jak to się skończy. Nie pytaj. RÓB. Bo robisz to dla siebie.

Mój Drogi, samo się nie zrobi. Wiesz, dlaczego ludzie wielcy są wielcy? Bo spięli tyłki albo dostali firmę po tatusiu. Nie użalali się nad sobą. Chciało się czy się nie chciało, mieli lenia czy nie - zapieprzali. Czy to znaczy, że są od Ciebie lepsi? Ależ nie, nie o to chodzi. Oni po prostu stwierdzili, że chcą osiągnąć postawiony samemu sobie cel. Ty przecież nie musisz chcieć tego samego, no nie?

Może wolisz wygodny fotel, seriale, dolce far niente, życie z dnia na dzień. Jeśli jest to decyzja świadoma - proszę bardzo. Ale jeśli znowu okłamujesz samego siebie... STRZEŻ SIĘ. Sumienia bywają upiornie krwiożercze.

...jakiekolwiek wizje snujesz w głowie przed zaśnięciem, mój Przyjacielu-Marzycielu... ja wierzę w nie bezgranicznie. Wierzę, że możesz być człowiekiem ze swoich najskrytszych snów. Uda Ci się wszystko, co planujesz, nie wątpię w to. I wtedy nie będziesz pytał już, jak to jest być szczęśliwym...!

... tylko... no wiesz. Z tego, co wiem, to dłuuuuuuuuuuuga podróż przed Tobą. Przed nami, bo w końcu wszyscy jesteśmy W DRODZE. Prądy mogą być niesprzyjające, fale niespokojne, szlaki kręte, a pogoda paskudna, oj tak...

Nie wiem jak Wy - ja jednak mam dosyć czekania.

Dlatego spinam tyłek i zapieprzam. 
Bo chcę być szczęśliwa.
"Nowy rok - nowa ja" - może w końcu się uda...?


wieśniara

06 stycznia

poranek poetycki: około 2016 lat temu...



około 2016 lat po narodzeniu mojego dobrego znajomego
i 19 i pół lat po narodzeniu mnie jakby
się ktoś pytał
siedzimy sobie na rogalu księżyca
rozrzucając zupełnie niespiesznie na
dojrzewającym niebie
srebrzyste gwiazdy
wyciągnięte z przepastnej kieszeni jego
podartej przez wieki szaty


aktualnie widok przesłoniły nam
rozlazłe grubaśne cumulusy
więc w nudów liczymy kratery
aż nagle on pyta
co sądzę o tym następnym końcu świata
bo wiesz
mówi całkiem poważnie
ja to już bym z chęcią wrócił na ziemię
ciekaw jestem
dawno nie opowiadałaś mi
powiedz proszę
co tam słychać w dole

o słodki jezu myślę
ale zamiast tego mówię
no wiesz chrystus
żeby zrozumieć dzisiejszych
musiałbyś wyobrazić sobie
kilka naprawdę niewyobrażalnych rzeczy

na wniebowzięcie matki mojej
dawaj
odpowiada szczerze rozbawiony
bo niby co miałoby zaskoczyć
boga wszechmogącego

no to mu mówię o nas
ludziach XXI wieku

że zadajemy pytania
nie oczekując odpowiedzi
lecz szukając pretekstu
do rzucenia nożem

pogrywamy z ciałem
z niego przecież zrodzonym
jedynym co mamy na własność
i nie szanujemy

nie chcemy wolności
świętej wolności
bo po co nam wolność
co niby mielibyśmy robić

że bezskutecznie usiłujemy
zapanować nad światem
siłą przemocą wojną strachem
zamiast najpierw zapanować nad sobą

i że nasze wnętrza
dawno już zdemontowane
oddawane na targu niewolników
za słodkie odmóżdżenie uzależnienia

stajemy się własnością tego co posiadamy
usprawiedliwiamy mniejsze zło
ale o Jezu
teraz dopiero powiem ci o najgorszych

wystarczy westchnął
a księżyc oświetlił zbolałą twarz
więc czy sądzisz że jest jeszcze sens
nie słyszałem nic innego
od nigdy od zawsze tak jest
lecz za mocno was kocham
i uronił deszcz
powiesz

i wciągając na scenę nieba
słońce jeszcze nie rozgrzane
szeptam do niego
jesteśmy tacy młodzi
a świat taki stary
daj nam jeszcze szansę

dopiero uczymy się żyć


28/29.08.16

04 stycznia

ZAWSZE COŚ TRACISZ, czyli NIENAWIDZĘ ZMIAN



Oto Ty.

Wyprostowany, uśmiechnięty, muśnięty słońcem.
Kapitan na dziobie swojego statku.
Przeciągasz się,
wdychasz z rozkoszą morską bryzę.

Rozglądasz się dookoła.
przeszywa Cię ciepły dreszcz.
Ach, jak przyjemnie!
Łagodne kojące uderzenia fal
o drewnianą burtę.
Niosący się na wietrze szelest mewich piór.
Gorączka bijąca od rozgrzanego piasku
na złocistych plażach Twojej wyspy...

Cisza. Spokój.
Przyjemnie ciepły, otulający Cię podmuch.
Wszystko się zgadza.
Nie potrzebujesz niczego więcej.
Mógłbyś tak trwać i trwać i trwać i...


Cumujesz swoją łódź na płytkiej, bezpiecznej mieliźnie,
w tym samym miejscu od lat, dokładnie od...

...od ostatniego S Z T O R M U.

Włoski jeżą Ci się na skórze.
Gwałtowanie, niespodziewanie zrywa się
porywisty, chłodny wiatr.
Rozwiewa Ci włosy, szarpie żagle,
z ledwością utrzymujesz ster,
napinając wszystkie mięśnie...

... i tak samo nagle...

CISZA.

Ocierając pot z czoła, niespokojny, zwracasz wzrok w stronę horyzontu. Mruczące raz po raz ciężkie, gęste chmurzyska. Przesłaniająca widoczność kurtyna deszczu, poprzeszywana lśnieniami błyskawic. Jeszcze gdzieś  w oddali, ale już bliżej... Coraz bliżej. I wiatr, znowu ten W I A T R.

Znasz go aż za dobrze. Minęło trochę czasu, dawne rany zdążyły się zagoić, Ty przyzwyczaiłeś się, odnalazłeś w nowym miejscu, które zacząłeś nazywać już "swoim"... Znajome twarze, rośliny, zwierzęta. Piasek, fale, słońce. I znowu musi pojawić się ten wiatr, jak zwykle! Niszczy to, co zbudowałeś, rozwiewa bezpieczną rutynę, burzy... właściwie wszystko. Całe życie. Wiesz, że Twoja łódź nie ma szans w tym starciu. Że choćbyś nie wiadomo jak się starał, jesteście skazani na porażkę, będziecie musieli poddać się temu wiatrowi i dać mu się prowadzić w nieznane. Łódź i Ty - bo jesteś za nią odpowiedzialny jako kapitan. To jedyne, co zostało Ci dane na własność. Zaniepokojony, marszczysz brwi, po czym wzdychasz z rezygnacją. Wiesz, że żadne przygotowania na nic się nie zdadzą. Co więcej - wszelkie próby stawiania oporu bezsprzecznie zakończyłyby się tragedią, dla Ciebie, dla statku, może nawet dla innych... Fakt jest taki, że TO SIĘ MUSI WYDARZYĆ. Nie ma mocnych. To znaczy...

Słyszałeś legendy, pogłoski. Krążyły różne historie. O tych, którzy naprawdę się zaparli i sprzeciwili wiatrom z nieznanych wód. Wyspa Rozbitków... bo taka, według podań, jest cena tego buntu. Na Wyspie podobno trwa wieczność. Oczywiście, nawet ona ostatecznie kiedyś się zakończy, ale dopóki trwa, daje iluzję stałości, bezpieczeństwa. Z pewnością nie roztrzaskasz już swojej łodzi, tego obawiać się nie musisz. Ale okazuje się, że wrócić do tego, za czym tak tęsknisz, również nie zdołasz. Przecież oddałeś swój statek, Rozbitku, nie pamiętasz...?

A więc MASZ WYBÓR. Tragiczny, ale zawsze. Ach, ten urokliwie zdradziecki ocean...

Już zawczasu podciągasz kotwicę, odwiązujesz liny. Lepiej zrobić to teraz, aby dać się ponieść falom dokładnie w momencie, kiedy nadejdzie najlepszy czas. Nie ma sensu tego odwlekać i przeciągać. Rzucasz jeszcze pożegnalne spojrzenie na port, Twój port... Z rozczuleniem odnajdujesz wzrokiem swoich przyjaciół, rodzinę, bliskich. Niektórzy z nich zostają tutaj, bo to nie ich wzywa teraz morze. Inni wypływają razem z tobą, ale kto wie, gdzie rozrzuci was wiatr... Przesyłasz im pokrzepiające spojrzenia, starasz się uśmiechnąć, dusząc w sobie płacz. Oni kiwają tylko głowami. Bo nikt nie ma pojęcia, jak gdzie i kiedy będzie tym razem. Oglądasz się po raz ostatni na swoją wyspę, zastanawiając się, kogo i co stracisz... Jesteś oczywiście świadomy, że zostawiając coś w tyle, robisz miejsce dla czegoś nowego, więc możnaby pokusić się o twierdzenie, że zyskujesz, wcale przecież nie tracisz... Ale to nie jest prawda. Bo ZAWSZE COŚ TRACISZ. I jest to ostatnia myśl, jaka przychodzi Ci do głowy, zanim znowu zrywa się wiatr.

(dobra, koniec tej morskiej metafory)

... i marzysz o tym, że przyjdzie taki moment, że nareszcie będziesz ustatkowany. Mniej lub bardziej, ale powiedzmy, że będziesz. Skończysz szkołę, znajdziesz pracę, może założysz rodzinę, może dzieci, może kot, rybki i pies. Codzienność zwolni, ale życie przyspieszy. Koniec radykalnych zmian, wydaje Ci się. Już tylko ciała... starzeją się... Ale do pewnego czasu. Bo świat cały czas jest w ruchu. Toczy się, a my razem z nim, nieuchronnie, nieustannie. 

Nagle znów okazuje się, że... 

...dziecko - nasze, kuzynki, rodzeństwa - kończy już 19 lat, zaraz wybędzie z domu na studia, a przecież przed chwilą, pamiętasz dokładnie, śliniło Ci koszulę, biegało chwiejnie wokół dorosłych, rozczulając szczerbatym uśmiechem, jakby to było wczoraj...

...przenoszą nas w pracy do innego działu, budynku, na inne piętro, do innego zespołu, innego miasta - i musisz się przeprowadzić, znowu nikogo nie będziesz znał, trzeba będzie zaczynać wszystko od nowa, a jak Cię nie polubią, a jak będzie gorzej, a nawet, jeśli nie, to na pewno będzie po prostu inaczej...

...albo przeprowadzają się Twoi najlepsi przyjaciele i teraz będziecie widywać się co najwyżej raz na kilka tygodni... Wiadomo, są komórki, jest Internet, masz jeszcze innych znajomych, ale czujesz, że razem z nimi zostaje Ci wydarta pewna cząstka Ciebie, jakby umierał kawałek Twojej, waszej wspólnej historii... 

Przeprowadzka, 
przeniesienie, 
zamiana, 
zmiana, 
przemiana, 
inność, 
nowość,
nieznane,
początki i końce,
pożegnania i rozstania,
dojrzewanie dorastanie przemijanie...

...bo trzeba iść, ciągle iść to przodu,
bo taki jest ten nasz świat,
że nic, nic nie masz na własność,
że wszystko tylko na chwilę,
a w środku tego przychodzenia i odchodzenia my...

...jedną nogą w wyidealizowanej przeszłości,
drugą w jeszcze niespełnionej, ale już przerażającej przyszłości...
nigdy nie teraz...
...bo po co być teraz,
przywiązywać się, 
skoro wszystko to i tak nic więcej,
niż nietrwały zamek z piasku...

...a przed nami już widnieją,
wnoszą się groźnie fale zmiany...

ZMIANY.

I znowu odpłynie to wszystko, co tak sobie ukochaliśmy.
Ludzie i miejsca.
Wspomnienia i przyzwyczajenia.
Ciepło i pewność i bezpieczeństwo.

Słony smak w ustach.
Morze czy łzy?
Wychodzi na jedno.
Bo zmiany to łzy właśnie.

Nienawidzę zmian. Małych i dużych. I, paradoksalnie...Zawsze, za każdym razem rozpaczam - tylko po to, aby później odkryć, jak bardzo się myliłam; że oto właśnie wkroczyłam w kolejny najlepszy etap mojego życia. Ale i tak NIENAWIDZĘ ZMIAN. Powody? Różne. Strach przed nieznanym, trzymanie się strefy komfortu, próba zapewnienia sobie bezpieczeństwa i wszystkie inne psychologiczne pierdoły, o których krzyczą groźni i oświeceni trenerzy rozwoju osobistego... Warto się zastanowić. Ale mi na przykład chodzi tylko i wyłącznie o to, że ZAWSZE COŚ TRACISZ. Przynajmniej jedną z dwóch opcji. Dostajesz coś w zamian, ale w tym przypadku bilans się nie wyrównuje. Bo my, ludzie, to byśmy chcieli mieć wszystko na raz i najlepiej na zawsze. Czy to źle? Mamy czuć się winni, bo przywiązujemy się, tworzymy więzi, tęsknimy? ...bo KOCHAMY...? Bo, zgodnie z panującym trendem kultu zmian - musisz lubić i chcieć, radykalnie, mocno, często, gęsto...!

A jednak. Wszystko musi się kiedyś skończyć. Niestety, ale sprawy gustu, upodobań i zranionych serduszek jakoś się dla życia nie liczą. I bardzo dobrze, bo jakby wszyscy byli tak sentymentalni jak ja, to nadal trwalibyśmy w epoce kamienia, bo zapewne stwierdziłabym, że jest mi tam dobrze i zmiany są niepotrzebne... Zresztą - wiecie, jak jest. Zawsze jesteś gdzieś nowy, w nieznanym miejscu, postawiony w wymagającej sytuacji. Taka cecha początków. Kiedy przyszliśmy na świat, też płakaliśmy, bo wszystko, co dotychczas znaliśmy, zostało nam brutalnie i nagle odebrane... A przecież chyba jednak nie chciałbyś spędzić całego życia u kogoś w brzuchu, no nie?

Więc, chociaż ich nienawidzę, uważam jednocześnie, że zmiany są potrzebne.

Żeby grubiutka gąsienica stała się pięknym, bajecznie kolorowym motylem.
Żeby nieopierzone pisklę przeistoczyło się w szybującego w przestworzach jastrzębia.
Żeby niepozorny pąk mógł rozkwitnąć, zachwycając krwistoczerwonymi płatkami i wabiąc słodką wonią.

Żebyśmy my mogli pożeglować w poszukiwaniu siebie, swojej prawdy... Do miejsc lepszych lub gorszych, wśród ludzi przyjaznych lub niemiłych, tworząc wspomnienia lub szukając zapomnienia... ALE CIĄGLE DO PRZODU. Nie dlatego, że masz się zmusić do polubienia zmian. Dlatego, że tak po prostu będzie Ci łatwiej. Nie masz wpływu na to, czy, kiedy i co - stracisz; zostanie Ci odebrane; przeminie; zmieni się... ale możesz za to zdecydować, jak na to zareagujesz.

Ja wybieram, że nie chcę już tracić.
Od teraz będę tylko zyskiwać.

I, chociaż nadal nienawidzę zmian...

...stoję na dziobie swojej łodzi, gotowa stawić czoła największym falom!

Bo przecież... JUŻ NIC NIE TRACĘ.

.Wieśniara

31 grudnia

podsumowanie roku 2016 + postanowienia noworoczne na 2017


Pamiętacie? 
To było przecież tak niedawno... 
365 dni zaledwie! 
I znowu... 
Każą podsumowywać, 
robić bilans zysków i strat. 
No to...

Zdarzyły się takie rzeczy, że był to najgorszy rok w życiu. Fałszywi przyjaciele. Choroby. Ból. Cierpienie. Wypadki. Złośliwości losu. Zaprzepaszczone okazje. Rozstania. Dodatkowe wydatki. Utrata pracy. Niezaliczenie roku. Depresja. Śmierć w rodzinie. Same złe decyzje... I tak w kółko, na zmianę, jak nie urok to...
Nie zmieniło się absolutnie nic, rok jak każdy inny. Ta sama praca. Od lat nie było awansu. Szkoła, szkoła, szkoła. Kolejne egzaminy, tylko pod inną nazwą. Nawet profilowe na fejsie niezmienione. Ogólnie to... ani dobrze ani źle. Po prostu. Życie. Już się przyzwyczaiłeś. Czasem słońce, czasem deszcz, "mijają dni, mijają lata" i takie tam sprawy.
A może zmieniło się wszystko, zmieniło się na lepsze, to Twój najlepszy jak dotychczas czas! Nie zliczyłbyś uśmiechów losu, sprzyjających splotów okoliczności, a nawet chwilowe załamania i niepowodzenia okazywały się ostatecznie kończyć happy endem! Jesteś wdzięczny za wszystko, co się zadziało, za dobrych ludzi i ciepły podmuch przeznaczenia, ale jednocześnie rozpiera Cię też duma, bo jesteś świadomy, ile pracy w to włożyłeś - i teraz widzisz, wiesz... Opłacało się!

Nie udało Ci się spełnić żadnego noworocznego postanowienia, prawdę mówiąc, nie pamiętasz nawet, czy jakiekolwiek miałeś, pewnie wyszedłeś z założenia, że i tak polegniesz, jak zawsze...
W czymś tam udało Ci się wytrwać, o niektóre zarzucone postanowienia masz do siebie żal, no ale przecież od czego jest kolejny Nowy Rok i naiwne nadzieje, no nie?!
A właśnie, że tym razem się zaparłeś, uparłeś i zwyciężyłeś! Chociaż tyle było pokus, podszeptów lenistwa, w końcu zacząłeś od TERAZ, nie od jutra. Jesteś z siebie dumny, bo zrealizowałeś najważniejsze postanowienia i z niecierpliwością wyczekujesz pierwszego dnia Nowego Roku, chociaż w sumie, po co czekać, lepiej zacząć już DZIŚ!

Jest 31 grudnia. Sylwester. A już jutro... rok 2017.


Leżysz w łóżku. Zastanawiasz się, o co im wszystkim chodzi. Przecież i tak nic się nie zmieni. To tylko jakaś umowna data, kolejny wymysł ludzki, co to by to życie nie było aż tak tragicznie nudne i żałosne. Jutro znowu obudzisz się w tym samym łóżku... "No i co? W magiczny sposób nagle odnajdzie mnie szczęście, tak? Ha! To tylko następna machina będzie się kulawo toczyć przez kolejnych 365 dni, taka smutna prawda."
Przebudziłeś się, spojrzałeś na zegarek, już miałeś znów odpłynąć... a jednak. Przetarłeś zaspane oczka, porozciągałeś się w łóżku i wstałeś... - okej, wystarczyło, że usiadłeś, nie wszystko na raz, zgoda, a więc siedzisz... i myślisz... że: "Hej!... A może by tak... W końcu, dlaczego by nie?! Chociaż... no, chociaż spróbuję! Odpowiadam tylko przed samym sobą, tak? No, kurdelebele, racja...!" Jeszcze się wahasz, jeszcze nie jesteś do końca przekonany... ale już się zadziało. Płomień rozpalony. Pewnie teraz o tym nie myślisz, snując wielkie plany i trochę się przeceniając, ale UPADNIESZ. Wiele razy. Pewnie już na starcie i każdego nadchodzącego dnia... tak, to prawda. Lecz nie może Cię to zniechęcić, bowiem sekret jest taki...
Już od dawna nie śpisz i spisujesz swoje postanowienia noworoczne. Jesteś już świadomy, że nie ze wszystkim Ci się uda, więc zakreślasz te najważniejsze, ich będziesz się trzymać w pierwszej kolejności. Wiesz też, że wiele razy się załamiesz, zapewne nawet cofniesz... ale już Cię to nie deprymuje, nie obwiniasz siebie... Bo masz przecież cały nowy rok. Całe 365 dni, każdy idealny do tego, aby po prostu zacząć od nowa, aby wrócić i spróbować raz jeszcze. Bo o to tylko chodzi.. Aby wracać, nieustannie wracać. Oto cały sekret.

... a który z tych trzech punktów widzenia jest Twoją perspektywą?

Szczerze. Powiedz samemu sobie. Bo NIE MA ZŁEJ ODPOWIEDZI. Tak jest. To wcale nie musiał być najlepszy rok Twojego życia. Nie mam zamiaru karać Cię za złamanie postanowień z przełomu 2015 i 2016 roku. 
Masz pełne prawo do tego, aby twierdzić, 
że to był okropny rok. 
Że to był nijaki rok. 
Że to był najlepszy rok. 
W gruncie rzeczy to staje się nieistotne, bo ten rok właśnie się kończy. Owszem, tylko symbolicznie, ale... może to naprawdę niezły pretekst do tego, aby...

Przyznaj się. To, o czym własnie pomyślałeś. Oto, czego tak bardzo pragniesz, czego Ci brakuje, o czym marzysz. Tylko Ty masz wpływ na to, co z tym zrobić. A może być to cokolwiek. Podróż odkładana z roku na rok. Wymarzona sylwetka. Rzucenie nałogu. Zdobycie wykształcenia albo jakiejś umiejętności. Więcej czasu dla siebie. Polepszenie stosunków z bliskimi. Powrót do zapomnianej, zaniedbanej pasji. Założenie bloga. Bycie odważniejszym w kontaktach z ludźmi. Rzeczy małe i duże, a żadne postanowienie nie jest śmieszne lub nieważne, bo jest TWOJE. A teraz dostajesz nowiutkie, świeżutkie 365 dni. Co z nimi zrobisz?

Opcja numer 1: nadal będziesz leżał w łóżku i narzekał. I jest to jak najbardziej okej.
Opcja numer 2: przez cały ten rok będziesz taki pół na pół, trochę się do tego zapaliłeś, ale w sumie to tylko przygotowania, raczej zaczniesz od 2018... I jest to jak najbardziej okej.
Opcja numer 3: zakasujesz rękawy, kończysz z wymówkami i sprawiasz, że rok 2017 będzie ... nie, nie idealny, ale na pewno najlepszy w Twoim życiu! I jest to tak samo okej jak poprzednie opcje, ani mniej, ani bardziej.

Wybierz. Zadecyduj.
Pod tym względem jesteś wolnym człowiekiem.
I tyle. Rób, co chcesz.
Zmieniaj lub zostawiaj.
Ruszaj albo stój.
Idź dalej albo wracaj.
Kroki małe lub duże.
Postanowienia poważne i błahe.
Nie ma recepty.
Nie ma zasad.
Oprócz jednej.

KOCHAJ.

Obiecaj mi, że w roku 2017 będziesz KOCHAĆ. Jeśli będziesz kochać, wszystkie inne Twoje decyzje będą właściwe, a rok 2017 stanie się najlepszym w Twoim życiu, obiecuję. KOCHAJ. Dlaczego? Możesz nie ufać moim słowom, ale nie będziesz w stanie zaprzeczyć swoim oczom. KOCHAJ. Tylko to się liczy.

2016 już nas zostawia. Jakikolwiek dla Ciebie był... Uwierz, że był dokładnie taki, jaki miał być. Nie musisz tego rozumieć, ani tym bardziej się z tym zgadzać. Przecież jesteś tylko człowiekiem. Po prostu to zaakceptuj, pogódź się z tym, bo to BYŁO i nic tego nie zmieni, w żaden sposób tego nie przywróci. Wszystko, co się zdarzyło, wszyscy ludzie, których spotkałeś, przypadki bolesne i te radosne - ukształtowały Cię w pewien określony sposób... Nie umiem tego wyjaśnić. Nie mam żadnych dowodów. Ale mocno i nieustannie wierzę w to, że MA TO WIĘKSZY SENS. Więc bądź wdzięczny za to wszystko. Wybacz sobie i innym. I wejdź w rok 2017 jako tabula rasa, tablica czysta. A potem zadecyduj, co dalej. Bo wiesz, to nieprawda, że MUSISZ się zmieniać, MUSISZ ćwiczyć pozytywne myślenie, MUSISZ spełniać marzenia, MUSISZ być lepszą wersją siebie, MUSISZ  walczyć, MUSISZ MUSISZ MUSIIIIIIIIIIIIIIIISZ, no pain-no gain, never give up, wiadomo, o co chodzi. Jeśli chcesz - możesz. Jeśli nie chcesz - nie musisz. To jest akurat ten jeden z niewielu fragmentów życia, za który jesteś w pełni odpowiedzialny, Ty, sam przed sobą. I jeśli uważasz, że jest dobrze tak, jak jest, wspaniale, niech tak będzie. Tylko zanim zaczniesz narzekać, przypomnij sobie, że przecież sam tego chciałeś, no nie? A zresztą, narzekaj. Dopóki KOCHASZ, dopóki okazujesz Miłość, wybaczasz, umiesz bezinteresownie pomóc, poświęcić czas, nie oskarżasz, nie chowasz urazy, nie wywyższasz się, okazujesz zrozumienie... także dla siebie... to wszystko jest w jak najlepszym porządku :))))))

A prywatnie, osobiście, to znaczy dla mnie... Śmieję się, że mówię to regularnie od kilku lat pod koniec grudnia, no ale co zrobić, taka prawda! ...dla mnie 2016 BYŁ NAJLEPSZYM ROKIEM ŻYCIA. Żal się z nim żegnać. Był to zdecydowanie przełomowy czas. Studniówka, zakończenie liceum, matury, najdłuższe wakacje. Najpiękniejsze wspomnienia, najwspanialsi ludzie. Tyle akcji wspólnie zorganizowanych w szkole, tyle radości, emocji, tyle łez...! 18-nastka Oleńki. Narodziny mojej córki chrzestnej, Emilki. Ślub Magdy, mojej prawie-siostry. Rozpoczęcie i rzucenie studiów. Przylot tutaj... Dużo się działo. A ja jeszcze więcej zrozumiałam i coraz mniej rzeczy mnie dziwi. Odkryłam, jak ważni są ludzie, Rodzina i Przyjaciele. Zrozumiałam, jaką jestem szczęściarą, mając ich wokół siebie, nie mogłabym prosić o nic lepszego. Zmierzyłam się z niemożliwym, bo przedtem nie wyobrażałam sobie spędzić tyle czasu z daleka do Bliskich. Wyzbyłam się idealizmu. Zobaczyłam, jak bardzo myliłam się w sprawach, w które święcie wierzyłam od kilku ładnych lat... Zbliżyłam się do Prawdy i prawie udało mi się odnaleźć siebie... Taaaaaak, to zdecydowanie był najlepszy rok w moim życiu! Dlatego... ciężko mi się z nim rozstawać... To zawsze boli, kiedy musisz zostawić szczęście, bo było mi przez te miesiące naprawdę najszczęśliwiej... Nawet, jeśli prawdopodobnie czeka Cię coś jeszcze lepszego... a czeka, czeka na pewno. Jestem o tym przekonana!

Nie martw się, mój drogi Przyjacielu. To, co ma się wydarzyć, i tak nadejdzie, czy będziesz o tym rozmyślać, czy nie. Życie! ;-) Skup się na tym, co możesz zrobić, zmienić. KOCHAJ.

... a na ten Nowy Rok życzę nam - niech przydarzy się wszystko, co jest nam pisane. Bo ja z góry zakładam, że jakkolwiek będzie się działo... zakończenie będzie szczęśliwe! 

Wieśniara
TOP